Mortal Kombat Komplete Edition - recenzja

Dawno już nie miałem ochoty w coś zagrać tak, jak chciałem zagrać w Mortal Kombat. Cieszyłem się jak dziecko na prezent, tym razem w postaci góry flaków z wisienką na czubku. I już w chwilę po uruchomieniu gry doznałem zimnego prysznicu. Otóż wymyśliłem sobie, że zagram w tryb fabularny tak z marszu. Przywitał mnie w nim paskudnej jakości filmik przerywnikowy, po którym nastąpił drugi, równie parszywej urody. Potem gra miłosiernie przeskoczyła na scenki renerowane już przez sam silnik, o wiele ładniejsze. I kazała mi się bić jako Johnny Cage. No dobra, Cage to nigdy nie była moja ulubiona postać, ale tutaj prezentuje się znośnie, rzuca dowcipy, wygląda jak Jean-Claude Van Damme za swoich najlepszych lat i ogólnie wzbudza sympatię. Niestety, po jakichś trzech walkach wygranych jako Cage, narracja wpadła w wiraż i gdy z niego wyszła, to już ktoś inny był bohaterem. Sonja Blade. Nie znoszę tej baby. I na dodatek musiała od razu stawić czoła Sub-Zero, czyli mojej chyba najbardziej ulubionej postaci w całym uniwersum Mortal Kombat, zaraz po Scorpionie oczywiście. Ninja zbił mnie i... całkowicie mi się odechciało grać. Przez kilka dni nie podchodziłem do Mortala w ogóle, darząc go niechęcią równie mocną jak wcześniej sympatią.

 

 

Bo widzicie, ja naprawdę nie znoszę Sonji. Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce zwanej liceum, graliśmy z kolegami nałogowo w pierwsze Mortal Kombat. Wiecie jak, pięciu czy sześciu nas było, stłoczonych w jednym pokoju, przy czym dwóch wybrańców na poczesnych miejscach przy Amidze 500 i telewizorze. I miałem takiego kumpla, który niemożebnie wymiatał Sonją. Musieliśmy go prosić, żeby nią nie grał, bo po prostu nie dało się z nim wygrać, a przecież zasada była taka, że wygrany zostaje przy grze, przegrany idzie siedzieć na kanapie i czeka na kolejne podejście. Każdy chciał grać, a on miejsca nie zwalniał, szuja. Wiem, wiem, trudno nazwać to wspomnienie traumatycznym, ale co zrobić, mam uraz to tej baby i już. Dlatego się udławiłem troszeczkę pierwszym kęsem nowego Mortal Kombat. Ale świat należy do wytrwałych, więc zmusiłem się do drugiego ugryzienia i mozolnego przeżucia. I wiecie co się okazało? Że tym razem idzie miękko, gładko i z połyskiem. Dlaczego? Bo graliśmy we dwójkę przeciwko sobie.

 

 

Mortal Kombat i w ogóle wszystkie mordobitki są stworzone właśnie do tego - do wzajemnego okładania się w ramach przyjacielskiej wymiany poglądów. To jest główna atrakcja, gwóźdź programu, który nigdy nie zawodzi, bo nawet kiepska gra jest fajna, gdy gra się w nią z przyjaciółmi. A ta konkretna o której mowa wcale kiepska nie jest, wręcz przeciwnie. Zauważyłem to dopiero, gdy zacząłem sobie trenować Scorpiona i okazało się, że to jest ten sam Scorpion co kiedyś. Te same klasyczne ciosy, te same fatality, ta sama taktyka i oczywiście to samo sznurowadło, tym razem łańcuchowe. Już przy pierwszym "Get over here!" wybaczyłem Mortal Kombat pierwszą zniechęcającą randkę. Kiedyś byłem mistrzem z graniu żółtym nieumarłym ninją i choć przez kilkanaście lat refleks mi siadł a i palce już tak szybko po klawiaturze nie śmigają, to poczułem się znów jak wtedy. Podejrzewam, że po części dlatego, że Mortal Kombat jest trochę mniej hardkorowy niż bywał na początku - w sensie, że wybacza więcej odnośnie wykonywania ciosów specjalnych i fatality. Jakoś tak bezproblemowo wchodzą te kombinacje, także całkiem przypadkowo, gdy gra się klasyczną metodą laików, czyli waląc we wszystkie możliwe klawisze jak popadnie.

 

 

Granie we dwójkę przy jednym komputerze to świetna zabawa... jeśli mamy jakiegoś pada pod ręką, którego możemy sobie do komputera podłączyć. Grać na jednej klawiaturze we dwoje się da, ale jest to szalenie karkołomne i na dłuższą metę nie do wytrzymania, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z kompaktową klawiaturą laptopową. A lepiej grać na laptopie a nie komputerze stacjonarnym, bo laptopa można wygodnie podłączyć do telewizora - a Mortal Kombat jest grą z gatunku tych, które najlepiej jest doświadczać na czterdziestu lub więcej calach. Wtedy robi najlepsze wrażenie... jeśli ktoś zniesie tą całą krew i miażdżone kości w Full HaDe. Pod tym względem nowy Mortal Kombat przyćmiewa swoich poprzedników. Nie tylko fatality są niedorzecznie krwawe, i to tak, że na widok niektórych faktycznie można poczuć dreszcz, ale i w czasie zwykłej walki można zobaczyć rzeczy w gatunku tych bardzo okropnych.

 

 

Każda z postaci, a jest tu calusieńka klasyczna galeria bohaterów znanych z oryginalnej trylogii, ma swój specjalny supercios. Można go wykonać bardzo prostym sposobem, gdy załaduje nam się odpowiedni wskaźnik. Ten cios to "rentgenowska" animacja, przedstawiająca w szczegółowy sposób pękające czaszki, miażdżone żebra i łamane ręce. Oczywiście, strasznie fajna. Za pierwszym razem. I trzecim. I nawet piątym. Ale potem? Potem zaczyna się nudzić. Wielka szkoda, że nie przygotowano dodatkowych, opcjonalnych animacji, na przykład związanych z konkretnymi arenami, czy też zależnych od tego kto ze sobą walczy - czyż nie byłoby miło, gdyby Scorpion miał dla znienawidzonego Sub-Zero jakąś specjalną atrakcję? Byłoby, a nie jest, niestety. Nie jest to jakiś wielki problem, rzecz jasna, ale im dłużej gra się jednym bohaterem, tym bardziej jest to widoczne. Oczywiście, wcale nie trzeba grać cały czas tą samą postacią...

 

 

I to jest dobry moment, żeby wrócić do samotnego grania w Mortal Kombat, tak jak ja wróciłem z nową nadzieją po radosnej sesji we dwójkę. Choć tak naprawdę taką grę kupuje się po to, by pograć ze znajomymi, to oferuje ona zaskakująco wiele także tym, których bozia nie pobłogosławiła przyjaciółmi. Po pierwsze zatem jest tutaj wspomniany już tryb fabularny. Jego główną wadą jest to, że co kilka walk zmienia nam się bohater, co na szczęście jest rekompensowane przez równie istotną zaletę - tak się ciekawie składa, że co kilka walk zmienia nam się bohater! Tak, paradoksalnie jest to i słaba i mocna strona "kampanii singlowej". Trafiamy na postacie, których nie lubimy, i to często nawet. Ale dzięki temu poznajemy je, co przyda nam się chociażby w późniejszych ewentualnych starciach z nimi już na jakimś innym polu. Mądrze jest znać swego wroga, nie? Kochać go nie trzeba, wystarczy tolerować. A w tolerowaniu pomaga całkiem niezła fabułka, którą zaserwowali nam twórcy Mortal Kombat. Rzecz traktuje o tytułowym turnieju, tym pierwszym, bo gra opowiada nam jeszcze raz historię, którą znamy - i robi to w nowoczesny sposób, z wielu różnych perspektyw, wyjaśniając niektóre zagadki, które nurtowały fanów od lat i mrugając do nich okiem nie raz i nie dwa. A przede wszystkim jest to naprawdę ciekawa historia, którą śledzi się może nie z zapartym tchem, ale na tyle gorliwie, że chce się pokonać następnego przeciwnika właśnie po to, by zobaczyć co będzie dalej. Kto zginie, kto przeżyje i jak dokładnie się to odbędzie. Fajna, krwawa, raczej poważna, ale miejscami zabawna bajeczka. Kto by pomyślał, nie?

 

 

Ale to nie koniec atrakcji dla samotników. Mortal Kombat w singlu to nie tylko tryb fabularny. Są tutaj także klasyczne drabinki, które przechodzimy naszym wybranym bohaterem, walcząc z losowo dobranymi przeciwnikami oraz Shao Khanem na końcu oczywiście. Zaliczenie takiego maratonu nagradzane pogłębieniem historii naszego wojownika, więc warto, zwłaszcza jeśli to jeden z naszych ulubionych. Te drabinki wystarczą na dłuższy czas, zwłaszcza że można je zaliczać na pięciu różnych poziomach trudności - ale to także nie wszystko. Jest jeszcze Wieża Wyzwań. To też coś w rodzaju drabinki, tyle że każdy szczebel jest inny, z innym bohaterem i innym zadaniem do zaliczenia. Tu nie chodzi o pobicie wroga tak po prostu, tylko o zrobienie tego w określony, czasem wyjątkowo perfidny sposób. I nie, nie jest to łatwe, w końcu to Wyzwania są, prawda? I to bardzo fajne wyzwania, którymi można się bawić całymi godzinami, szlifując swoją formę i wszechstronność. Taka już wyszlifowana będzie jak znalazł, gdy w końcu ktoś do nas wpadnie i da się namówić, na zebranie cięgów w Mortal Kombat we dwójkę lub we więcej osób...

 

 

A czy nabyte we wszystkich trybach umiejętności, z pewnością niebagatelne, przydadzą nam się w bojach sieciowych? Nie, raczej nie. Mortal Kombat tak na dobrą sprawę nie ma takiego trybu i to z kilku powodów. Pierwszy i najważniejszy to kiepski kod sieciowy, który ma wbudowane lagi. Cudem jest trafienie na starcie, które rozegra się tak dynamicznie i szybko jak to w singlu. I rzadkim cudem. A trzeba też dodać, że samo spotkanie jakiegoś przeciwnika to nieliche osiągnięcie. Wyszukiwarki automatyczne, które powinny pomagać w kojarzeniu chętnych, są bardzo zaawansowane i kompletnie bezużyteczne. Dlaczego? Dlatego, że prawie nikt w Mortal Kombat w sieciowej formie nie gra. W godzinach szczytu w specjalnych pokojach, gdzie można się "ręcznie" z kimś umówić na ustawkę, widywałem mniej niż dziesięć osób jednocześnie... i to licząc tych, którzy właśnie w tym momencie grali. W dwa tygodnie po premierze to fatalny wynik, oznaczający w zasadzie tylko jedno - to, że gra od strony sieciowej jest praktycznie martwa. Trochę szkoda, ale... z drugiej strony czy naprawdę chcemy dostać baty od jakiegoś anonimowego gimnazjalisty, który całymi dniami ćwiczy kombosy? Ja nie mam ochoty. Wolę bić żonę... albo dać się zbić jej, bo nie raz mnie zlała już, z upokorzeniem za pomocą fatality włącznie.