Company of Heroes 2 - recenzja

Czy Relic Entertainment ponownie udało się zredefiniować gatunek strategii czasu rzeczywistego, tak jak siedem lat temu pierwszym Company of Heroes? Nie. Ale źle nie jest.

Front wschodni w II wojnie światowej był straszny, kto wie czy nie najbardziej w dziejach wojen. Na pewno o wiele straszniejszy niż się mówi i niż się oficjalnie pokazuje. Fakt, rzezie i bestialstwa, jakich był świadkiem, apokaliptyczne masakry, jakie były jego udziałem nie dają się łatwo przełożyć na język współczesnej popkultury. Dlatego też mało kto próbuje, a jeśli nawet, to delikatnie, ostrożnie, dotykając spraw z wierzchu, wystarczająco już okropnego przecież. Chwali się zatem, że Relic Entertainment nie bali się w swojej kampanii w Company of Heroes 2, grze frontem wschodnim stojącej, poruszyć paru takich kwestii. W kilku momentach można nawet rzec, że zobaczymy tu prawdę, a raczej taką współczesną, grową wizję prawdy historycznej. I to także takiej związanej z Polakami i Armią Krajową, czego się nie spodziewałem, bo w grach ani się naszych partyzantów nie pokazuje, ani też nie mówi o tym, jak traktowali ich radzieccy sojusznicy. A tu proszę, nie tylko mamy aż trzy misje na ziemiach polskich, ale też jedną z AKowcami w rolach głównych i jedną, w której wspomniane są okropieństwa obozu w Majdanku. Niespotykane. I mile widziane. Może Amerykanie się czegoś z Company of Heroes 2 nauczą...

 

 

Choć fabuła kampanii dotyka tu spraw niewygodnych, to generalnie podchodzi do wszystkiego z dystansem i na chłodno. Emocje, jeśli już są, to stonowane i nawet najbardziej przejmujące scenki przerywnikowe, całkiem zgrabnie zrealizowane na silniku gry, wzruszyć nas raczej nie zdołają. Ale, razem z misjami, pokażą wszystko to, co w takim dużym skrócie da się z frontu wschodniego pokazać. Mamy tu więc zestawy misji poświęcone obronie Moskwy, walkom o Stalingrad i wyzwoleniu Leningradu. Jest misja z ofensywy białoruskiej z 1944 roku, są te trzy w Polsce, o których już wspomniałem, i dwie ostatnie w Niemczech, w tym obowiązkowy Berlin i Reichstag.

 

 

I misje te są poprawne. Zaledwie poprawne. Siedem lat temu pierwsze Company of Heroes robiło wielkie wrażenie swoim rozmachem, widowiskowością, świetnie prowadzoną narracją. A teraz? Teraz dostajemy w zasadzie dokładnie to samo, co po uwzględnieniu inflacji oznacza niestety o wiele mniej. Kampania singlowa w Company of Heroes 2 to produkt rutyny, fachowców, którzy nie popełniają błędów, ale też nie szukają nowych rozwiązań i nie poszerzają horyzontów. I jak łatwo przewidzieć, ich rękodzieło nie jest jakieś szczególnie porywające - pod koniec, w ostatnich misjach, mocno się już wynudziłem i gdybym nie chciał sprawdzić, ile zajmuje przejście kampanii, to pewnie dałbym sobie spokój na długo przez Reichstagiem. Ale nie dałem i teraz wiem, że kampania to jakieś dziesięć godzin zwycięskiego, choć niekoniecznie chwalebnego czynu zbrojnego Armii Czerwonej. Ura.

 

 

No, ale kogo to obchodzi tak w sumie, nie? Granie w Company of Heroes dla kampanii singlowej to jak granie w Battlefielda dla kampanii singlowej - coś, czego prawie nikt nie robi. Wszyscy naprawdę zainteresowani idą od razu w stronę rozgrywek sieciowych. Przeciętna jakość fabuły nie jest więc wadą aż tak wielką, zwłaszcza zaś dla tych, którzy jakimś cudem nie grali w pierwszą grę. Dla nich kampania może się okazać doświadczeniem naprawdę mocnym i pamiętnym, bo po wyjęciu z kontekstu poprzednika rzeczywiście taka jest - blednie tylko przez porównanie, a nie dlatego, że sama w sobie jest kiepska. Bo nie jest. Co i tak nie ma znaczenia, oczywiście. SiłąCompany of Heroes 2 jest bowiem tryb wieloosobowy.

 

 

Trzeba przyznać, że Relic próbowali tutaj wcisnąć coś jeszcze, co ostatecznie przybrało formę trybu Teatr Wojny. Co to za zwierzę? Cóż, mnie się widzi, że wielbłąd. Dlaczego akurat on? Bo wielbłądy miały swój epizod na froncie wschodnim, więc teoretycznie są tutaj na miejscu, ale tak naprawdę są całkiem zbędne przecież. I tak samo ów Teatr. Niby są tu jakieś misje kooperacyjne, niby są specjalne wyzwania w stylu obrony pozycji przez określony czas przeciwko kolejnym falom wrogów, czy też dodatkowe misje przypominające te z singla. Wszystko to jednak nie przewyższa jakością ani grywalnością wszystkiego, co oferuje kampania, czyli jest bladym cieniem tego, co nas czeka w multiplayerze. Osobiście jestem mocno zdziwiony, że ów Teatr Wojny jest aż tak bezpłciowy. Można go było naprawdę fajnie przygotować, zważywszy na to co Relicpokazał w swoich grach z serii Dawn of War. Można było zrobić coś na kształt rozgrywki strategicznej z Dark Crusade albo jakąś wersję kooperacyjnej zabawy z trybu Last Stand w Dawn of War 2. Ale nie zrobiono. Nie ma tu nawet powtórki eksperymentów z drugiego dodatku do pierwszego Company of HeroesTales of Valor. Nic, tylko zwyczajne, proste misje, takie jak te najbardziej standardowe z kampanii. Słabo. Można było sobie w ogóle ten Teatr darować i zamiast tego zaangażować moce przerobowe w przygotowanie jakiejś minikampanii dla strony niemieckiej na przykład. Albo w dopracowanie trybu wieloosobowego. A, przykro mi to stwierdzić, jako fanowi Company of Heroes, dopracowanie to by mu się przydało.

 

 

Z jednej strony, jest naprawdę świetny. Tyle lat minęło, ale nadal tylko Relic potrafi zrobić taką fajną taktyczną młóckę w realiach II wojny światowej. Osłony, przygwożdżenia, lotnictwo, artyleria, pojazdy najprzeróżniejszej maści, specjalne umiejętności jednostek i tak dalej - to nadal jest super. Podejrzewam, że kogoś, kto do tej pory z grami Relic do czynienia nie miał, może to nawet zachwycić, bo jest to najbardziej intensywny, najbardziej widowiskowy i najlepiej nagradzający udane zagrania RTS na rynku, pomijając starszych braci i kuzynów. Ale cierpi też cały czas na tę samą przypadłość co w przypadku kampanii singlowej - nie ma tu tak naprawdę nic nowego, to powtórka z rozrywki, miejscami ewolucyjnie rozwinięta, ale tak naprawdę z grubsza taka sama. Nawet bardzo taka sama.