PayDay 2 - recenzja

Jest taka scena w Gorączce, jedna z najlepszych scen akcji w historii kina. Ekipa de Niro i Vala Kilmera robi skok na bank na ostro, w środku dnia. Gliny z Pacino zjawiają się w trakcie i wywiązuje się niesamowita strzelanina w ruchliwym centrum, z bronią automatyczną i mnóstwem trupów. Cały film jest genialny, ale ta scena to prawdziwa legenda. Jeśli ktoś chciałby zagrać w taką legendę, to polecam PayDay 2. Serio, polecam, bardzo fajna gra.

 

 

Payday 2 najprościej można scharakteryzować porównaniem - gra bardzo przypomina klasyczne kooperacyjne strzelanie do zombie w stylu Left 4 Dead czy Killing Floor. Bardziej nawet to drugie, bo Left 4 Dead to gra "drogi", w której czteroosobowa drużyna musi dotrzeć z punktu A do punktu B, potem z B do C i tak dalej, Killing Floor polegało zaś głównie na odpieraniu kolejnych fal przeciwników atakujących nasze pozycje. Tak właśnie jest tutaj, z tą różnicą, że my w czasie tych ataków mamy mnóstwo roboty z przeprowadzaniem skoku na bank, sklep jubilerski, galerię sztuki, klub nocny lub sporo innych charakterystycznych, klasycznych miejscówek, które nie raz widzieliśmy w filmach w roli tła dla gangsterskich strzelanin. Tym razem to będzie nasze tło. Po wielokroć odwiedzane, ale nigdy takie samo jak poprzednio.

PayDay 2 jest delikatnie, ale w bardzo klimatyczny sposób fabularyzowane. Nie mamy tutaj jakiegoś konkretnego scenariusza czy dialogów, ale każda akcja, której się podejmujemy, to ciekawa historyjka, często nawiązująca do jakiejś popkultury... albo to ja jestem taki skrzywiony i wszystko mi się kojarzy z Podejrzanymi czy Breaking Bad. Tak czy inaczej, mamy tu intensywne gangsterskie opowieści, zarysowane wprawdzie powierzchownie, ale więcej nam nie trzeba, bo widzieliśmy to wszystko tyle razy w filmach, że momentalnie się wczuwamy w rolę i zanurzamy w świecie gry. Zanurzamy się jako jeden z czterech zamaskowanych, zawodowych złodziei, uzbrojonych po zęby i gotowych poradzić sobie z każdą sytuacją kryzysową. Zwłaszcza jeśli grają ją nie pierwszy raz i wiedzą już co robić, żeby ujść z życiem i kasą.

 

 

PayDay 2 skoków jest dostatek i wielka różnorodność. Są takie klasyki, jak obrabianie banku i inne intensywne, szybkie, jednorazowe akcje, ale są też scenariusze bardziej złożone. W jednym z nich na przykład zaczynamy od obrony starego domu na przedmieściach, w którym konkurencyjny dla naszego zleceniodawcy gang zorganizował fabrykę metaamfetaminy. Mamy zrobić nalot, zgarnąć narkotyki i zwiać... tyle, że sprzęt działa i grzechem byłoby nie ugotować jeszcze paru kilo kryształu, choćby i pod ogniem jednostek SWAT. Gdy mamy już kilka worków z towarem, zmykamy do naszej furgonetki - ale to nie koniec. Drugiego dnia jedziemy z amfą do czarnej dzielnicy, żeby zapłacić nią za informacje o miejscu pobytu szefów konkurencyjnego gangu, a dokładniej ich całej zarobionej kasy, którą właśnie próbują wywieźć z kraju. Transakcja oczywiście nie przebiega jak powinna, zaczyna się strzelanina, najpierw z lokalnym gangiem, a potem z glinami. Jeśli uda się zwiać, przechodzimy do dnia trzeciego, gdzie na autostradzie dojazdowej do lotniska musimy najpierw dorwać autobus z naszymi delikwentami, a następnie powstrzymać policję na tyle długo, by przenieść całą kasę do śmigłowca wysłanego przez naszego pracodawcę. Za każdy zaliczony "dzień" dostajemy swoją dolę, ale prawdziwa nagroda czeka dopiero na końcu całego trzystopniowego scenariusza. I jest to jeden z tych dostępnych na początku, dla gangsterów niskopoziomowych, dopiero zaczynających swoje "skakanie". Później, w miarę obrastania w piórka, pojawią się dodatkowe scenariusze, jeszcze bardziej skomplikowane, trudniejsze i dłuższe, w tym nawet takie siedmiodniowe. Tutaj dopiero trzeba się nagimnastykować, nawet jeśli ma się zgraną ekipę.

 

 

No właśnie, zgrana ekipa. PayDay 2 to gra kooperacyjna. Można grać w nią samotnie, z głupimi jak but botami, ale to jak lizanie tortu przez szybę cukierni. Odradzam, zwłaszcza że na takiej szybie jest pewnie mnóstwo zarazków albo jakaś dezynfekcyjna chemia. Tutaj gra się z ludźmi. Na niższych poziomach trudności, przy mniej skomplikowanych robotach mogą to być jacyś przypadkowi ludzie. Jeśli jednak chcemy się zmierzyć z najtrudniejszymi wyzwaniami, to potrzebna będzie grupa bardziej zorganizowana, najlepiej komunikująca się głosowo - zgranie niektórych akcji wymaga naprawdę dobrej koordynacji. Zwłaszcza jeśli planujemy daną misję zaliczyć po cichu, co jest o wiele ciekawsze i bardziej emocjonujące od prostackiego wejścia od frontu z odbezpieczonymi gnatami. Niektórych akcji nie da się przeprowadzić bez alarmowania glin i ostrej strzelaniny, ale zaskakująco wiele skoków można próbować zrobić faktycznie po złodziejsku, a nie w stylu komandoskim. Skradanie, cicha eliminacja strażników, zastraszanie i wiązanie zakładników, odcinanie alarmów i wyłączanie kamer - tak też można. A na wyższych poziomach trudności nawet trzeba, bo każde, choćby najmniejsze opóźnienie interwencji policji to kwestia życia lub śmierci.

Normalni policjanci nie są zbyt wielkim wyzwaniem. Nie tylko zwykłe krawężniki, ale też lokalne zespoły SWAT w kamizelkach kuloodpornych i kaskach nie sprawiają aż takich dużych problemów, zwłaszcza jeśli się dobrze ustawimy z chłopakami i mamy odpowiednio wiele amunicji. Każdą misję można jednak rozegrać na jednym z trzech wyższych, oczywiście dużo lepiej płatnych poziomów trudności. A tam przyjdzie nam się już mierzyć z antyterrorystami z FBI i elitarnymi oddziałami specjalnymi opancerzonymi od stóp do głów. Ci kolesie nie biegają już jak bezgłowe kurczaki, atakują w grupach, używają granatów błyskowych i dymnych, a nawet potrafią wpuścić nam do pomieszczenia gaz. Gdy się pojawią, nawet najbardziej zgrabny i poukładany skok zmienia się w desperacką walkę o przetrwanie i wyniesienie kasy. Oczywiście, właśnie w takich momentach PayDay 2 jest najbardziej intensywne i widowiskowe. I frustrujące, jeśli nie uda się pomyślnie zakończyć misji. Porażka boli, nie tylko przez urażoną dumę, ale także pustą kieszeń, którą mieliśmy nadzieję napełnić.

 

 

PayDay 2 to nie tylko mnóstwo najprzeróżniejszych skoków rabunkowych, które można zrobić z kumplami bliższymi lub dalszymi. To także system rozwoju i modyfikowania naszej postaci, który w świetny sposób motywuje do dalszej gry i powtarzania najbardziej dochodowych akcji. Zacznijmy od tego, że mamy czterech różnych bohaterów, specjalizujących się w innych dziedzinach. Jeden jest mózgiem operacji, drugi mięśniakiem, trzeci kasiarzem, a czwarty magikiem od elektroniki. Każdy ma swoje drzewko umiejętności, z właściwymi sobie premiami i dodatkowym sprzętem. Dzięki udanym skokom dostajemy doświadczenie, które przekłada się na poziomy, a te z kolei dają nam punkty na rozwijanie tych drzewek. Możemy inwestować we wszystkie albo się mocno specjalizować. Przed każdą akcją mamy chwilę w lobby, żeby ocenić skład naszej drużyny i wybrać taką postać, która najbardziej się w niej przyda. I teoretycznie można zrobić skok na bank z czterema "mózgami", bo wtedy przynajmniej nie zabraknie apteczek... jednak przydałby się choć jeden mięśniak, który nie tylko będzie szybciej targał torby z łupem, ale też ma ten swój zasobnik z amunicją. A amunicja kończy się tutaj szybko. Szybko i radośnie.

Strzelanie w PayDay 2 to sama przyjemność. Gnatów jest sporo, od pistoletów do karabinów szturmowych. I każdy jest fajny, każdy dobrze leży w ręce, z każdego "wchodzą" strzały w głowę. Broń ma odrzut i rozrzut oraz inne statystyki, to nie są jakieś lasery, ale jeśli wycelujemy w gościa, naciśniemy spust i czujemy, że powinniśmy go trafić, to rzeczywiście go trafimy. Czyli nie tak, jak w Battlefieldzie. Oczywiście, tutaj strzelamy nie do innych ludzi, ale do sztucznej inteligencji, więc nie ma problemu z opóźnieniami, zgubionymi pakietami i za wysokimi pingiem, nie zmienia to jednak faktu, że strzelanie i zabijanie w PayDay 2 to sama przyjemność. Także dlatego, że dokonujemy go za pomocą własnoręcznie dopieszczonej spluwy. PayDay 2, podobnie jak wszystkie popularne sieciowe strzelanki, ma swój system odblokowywania nowego sprzętu. Tyle, że tutaj system bazuje w dużej mierze na hazardowym fuksie. Część gnatów odblokujemy w sposób normalny, awansując na kolejne poziomy. Dodatkowe części do nich oraz różne inne wartościowe cudeńka, w stylu nowych masek i wzorów malowania tychże, dostajemy jednak tylko za zaliczenie danego scenariusza. Wybieramy jedną z trzech zakrytych kart, która losowo obdarowuje nas czymś fajnym. Taka nagroda wydaje się bardziej wartościowa i daje więcej satysfakcji, bo rzeczywiście trzeba było na nią zasłużyć. Jest jak prezent spod choinki - nie wiadomo co jest w środku, dopóki nie rozpakujemy. I tak, często będą to skarpetki albo szalik, ale czasem trafimy też na celownik kolimatorowy do naszego ulubionego CAR-15. Z takich małych przyjemności składa się PayDay 2.

 

 

Oczywiście, są tutaj także przykrości. Jedne mniejsze, pomijalne w zasadzie, takie jak oprawa graficzna, która mogłaby być nieco lepsza, albo fantastycznie wpadająca w ucho muzyka, która jednak ciągle się powtarza i po jakimś czasie zaczyna już irytować... Inne większe, takie jak błędy z połączeniem trapiące część graczy - biedacy nie mogą dołączyć do prawie żadnej gry, a gdy już się na jakąś załapią, to im się PayDay 2 wysypuje do pulpitu tuż przed losowaniem nagród za zaliczony scenariusz. Ale przyznam szczerze, że o tych problemach głównie czytałem, bo na własnej skórze niczego takiego nie doświadczyłem - u mnie wszystko działało całkiem nieźle, poza okazjonalnymi problemami z dołączaniem do trwających już rozgrywek. Gdy trafiłem do zgranej ekipy, która robiła jedną akcję po drugiej, to nie było najmniejszych przeszkód i błędów technicznych. Było za to zgranie drużynowe, zawodowe podejście i kupa emocji, bo graliśmy na wyższych poziomach trudności i nie było lekko.